środa, 26 sierpnia 2015

Granica

Na początku chcę tylko powiedzieć, że to opowiadanie to istny rak xD
Ale Mitsu się uparła, więc coś napisać było trzeba
Tak więc proszę, kochanie. Mam nadzieje, że wybaczysz mi brak seksu, ale, ale! Masz tam swój happy end! 



-Znowu? -Mruknął mężczyzna w fedorze, nie odwracając wzroku od jednego z artykułów w gazecie.  - Powiedz ile razy już to przerabialiśmy? 
Zapytał i skierował szare tęczówki na postać przed sobą. Był to nikt inny, jak Lambo. Stał naprzeciw, w dłoni ściskając rewolwer z jednym nabojem.
- Zamknij się! - Warknął ciemnowłosy, mocniej zaciskając palce na broni. - Tym razem to zrobie! 
Zagroził, choć po tonie, jakim mówił można było się domyślić, jak skończy się ta nieudolna próba wykonania zamachu.
Reborn, widocznie zmęczony tymi stałymi "napadami" westchnął i złożył gazetę, odkładając ją na stolik przy fotelu. Młodzieniec natomiast uważnie obserwował, każdy jego ruch, gotów zareagować. Czy nacisnął by za spust? Pewnie nie, ale pozory trzeba stwarzać. W końcu stanął oko w oko z najwybitniejszym zabójcą, jaki chodził po ziemi. Ba! kilka razy w tygodniu ponawiał starania wykonania zlecenia. I za każdym razem to samo. Zawsze porażka. Gdy Lambo się tak nad tym zastanawiał, powoli, chyba nawet nie do końca świadomie, opuścił dłoń z gnatem wzdłuż ciała.
- Oho? -Mruknął starszy, unosząc lekko brew - Dzisiaj sam sobie darujesz? No proszę, mogę wrócić do porannej gazety? 
Zapytał kpiąco zabójca i sięgnął po kubek mocnej kawy, upijając łyka. Młodszy mężczyzna bez zbędnych słów odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając za sobą drzwiami. 
Zawsze to samo. Co było nie tak? Czyżby Lambo aż tak nie nadawał się na zabójcę? Jedno proste zlecenie. Jeden strzał, ale nie! 
Zatrzymał się dopiero w swoim pokoju i oparł o drzwi, powoli osuwając na ziemię. Obaj żyli w naprawdę chorej relacji. Na co dzień niby dobrzy znajomi. Wspólne wypady na kawe, rozmowy, współpraca. Lambo nawet nie zauważył, kiedy przebywanie obok Reborna stało się dla niego codziennością, jak oddychanie. Musiał coś z tym zrobić. Zlecenie, to zlecenie.
Po dziś dzień pobrzmiewały mu w uszach surowe słowa ojca, gdy powierzał mu ów zadanie
"Jeżeli tego nie zrobisz, nawet nie pokazuj się w mojej rezydencji!"
Okrutne słowa, skierowane do dziecka. Ale w podziemiu nikt nie patrzy na uczucia, a śmierć jest codziennością.
***
-Gdzie on jest? 
Zapytał chłodno Hitman, opierając się o ścianę w gabinecie szefa Vongoli.  
- Na misji, przecież wiesz, że wysłałem go do....
-Do Rosji. - Przerwał mu korepetytor, powoli tracąc cierpliwość - Miał wrócić dwa tygodnie temu! 
-Widocznie misja się przedłużyła...takie rzeczy się zdarzają...
-Sawada! To już miesiąc! Nie mamy żadnych listów, żadnych wiadomości, raportów, nic! Wiesz, co to może oznaczać?! Po jaką cholerę wysyłałeś tam tę beksę!? -Zapytał zniecierpliwiony.
Dla Reborna nie pojętym było to, jak można posłać dzieciaka (Bo nie oszukujmy się, takie miał  zdanie o młodym Bovino) na tak ważną i ciężką misję. Rosja była jednym z najbardziej obleganych sektorów, przez mafię. Ponad to, była ogromna. Nawet próba wysłania tam grupy poszukiwawczej niewiele by  dała. 
- Reborn...- Zaczął spokojnie Sawada, opierając łokcie, o blat swojego biurka - Lambo sam mnie prosił o tę misję. - Westchnął, splatając palce dłoni, na których oparł podbródek.
-Co...?
-Powiedziałem mu, że się nie zgadzam. Jednakże on nalegał, by go tam wysłać. Wiem, że nie powinienem tego robić ale...- Zamilkł na chwilę, szukając odpowiedniego słowa - On chciał...Dostać swoją szansę. Chciał się zmienić. 
Po tych słowach, mężczyzna szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Bo niby po kiego grzyba ten mały wyjec chciał się zmieniać? Nikt mu w rezydencji nie uwłaczał, z nikim się nie kłócił. Był akceptowany i co najważniejsze, był członkiem rodziny, bez względu na wszystko więc...
-Czemu? - Zapytał, wpatrując się w Sawadę 
-Nie wiem.
Odparł cicho dziesiąty i po tych słowach zapadła cisza w gabinecie.
***
-Mamy go! -Rozbrzmiał głos mężczyzny, który rozbiegł się echem po korytarzach szpitala.
-Przygotuj stół i wezwij lekarza nadzorującego -Powiedział ktoś inny
W budynku rozbrzmiewały nieco podenerwowane głosy, kroki, oraz skrzypienie kółek szpitalnego łóżka
-Powiadom Vongole, że wszyscy jego ludzie są już w bezpiecznych rękach
Młody mężczyzna, leżący na łóżku, w trakcie przewozu na sale operacyjną, uchylił delikatnie oczy.
Aż zaskomlał, gdy oślepiające światło jarzeniówki, zakuło go w oczy. Dookoła słyszał głosy. Niewyraźne przytłumione, jakby za szybą. Jeden z nich coś krzyczał, drugi go uspokajał. Ciemnowłosy znów zamknął oczy i wtedy, w ciemnościach usłyszał jeden wyraźny krzyk
-Szybko, tracimy go!
***
Gdy znów otworzył oczy, pierwsze co zobaczył, było szare niebo, po którym delikatnie przesuwały się chmury. Szczerze powiedziawszy był zaskoczony tym widokiem, gdyż ostatnie co pamiętał, była twarz mężczyzny, który pociągnął za spust, celując wprost w niego.
Zamrugał i ostrożnie uniósł się do siadu. Dookoła roztaczała się trawa, z nienaturalnie, wyblakłym odcieniem zieleni. Dotknął jej i zmarszczył lekko brwi.
Trawa była niczym delikatny miękki dywan, czuł się tak, jakby zasnął na dworze i jakby cała misja, cały wypad do Rosji, wszystko to nie miało miejsca.
Wstał na równe nogi i wtedy dostrzegł, że stoi na pagórku. U dołu spadku widniało miasto, w którym tętniło życie. Wszyscy się uśmiechali, rozmawiali, a co najważniejsze, byli kolorowi. Nie tak jak pagórek, na którym stał Lambo.Szarość zieleni słabła wraz ze spadkiem gruntu, by na samym dole mogły zakrólować, żywe, soczyste kolory.
-Niesamowite...-Szepnął do siebie i spojrzał na swoje dłonie, delikatnie zaginając palce. Nie do końca był pewien, czy tylko śni, czy to już to miejsce, gdzie wszystko zaczyna się na nowo. I co najważniejsze, czy taki nic niewarty człowiek jak Bovino, zostanie wpuszczony do tego kolorowego uśmiechniętego miasta.
Nie rozważając nad tym dłużej zrobił krok w przód i wtedy usłyszał głośny, stłumiony krzyk
Lambo!
Znieruchomiał i rozejrzał się dookoła. Znał ten głos, był znajomy, tylko czyj? Przymknął oczy i złapał się za głowę, wyczekując kolejnego krzyku. Gdy przez dłuższy czas nic nie słyszał, znów ruszył w dół
Cholera! Przysięgam, że jak obudzisz się martwy, to Cię zamorduję!
Zadrżał, przez moment czując lęk, przed tą jakże absurdalną groźbą. Przełknął ślinę i zamknął na moment oczy. Zrobił kolejny krok i wtedy poczuł mocny uścisk na swojej dłoni. Pisnął i od razu spojrzał na rękę.
-Niemożliwe...-Szepnął.
Patrzył na swoją dłoń, ale nic nie widział, mimo tego czuł na niej silny, stanowczy uścisk.
Obudź się, do kurwy nędzy! 
Zagryzł wargę i odwrócił głowę w stronę miasta. Wtedy ujrzał tych wszystkich ludzi, stojących przed nim, w równym rzędzie, jakby bali przekroczyć się jakiejś granicy. Wszyscy uśmiechali się serdecznie, jednak nikt nie odezwał się słowem. Ci wszyscy nieznajomi, zapraszali ciemnowłosego do swojego świata, z którego już nie było powrotu. Ale...tamten świat był dobry. Zero wytykania słabości, zero kpin...Tam było idealnie.
Uśmiechnął się do ów tłumu i wyciągnął do nich rękę
Głupia krowo!
Rozbrzmiał krzyk w jego głowie, przez który chłopak zatrzymał dłoń w pół geście.
-Reborn...? - Szepnął do siebie i znów się rozejrzał. Poczuł jak uścisk na jego dłoni staje się boleśnie mocniejszy.
Wrócił wzrokiem do nieznajomych i uśmiechnął się ciepło.
-Wybaczcie, ale...Innym razem skorzystam z zaproszenia - Szepnął, a mężczyźni i kobiety powoli zaczęli się rozchodzić. Bovino zamknął oczy i odetchnął
***
Kolejną rzeczą, którą ujrzał, po otworzeniu oczu nie było niebo. Nie, był to mężczyzna. Szare tęczówki przepełnione były złością, przez którą przebijało się nieco troski i zmartwienia. Kruczoczarne włosy nie były jak zwykle idealnie zaczesane do tyłu. Zamiast tego kilka niezgrabnych kosmyków opadało mu na czoło. Całkiem miły widok dla oczu po przebudzeniu, gdyby nie fakt, że Reborn, na co dzień wygląda bardziej elegancko, niż w obecnej chwili
- W-wyglądasz...strasznie. - Szepnął Bovino, siląc się, na złośliwy uśmieszek.
Hitman chwilę wpatrywał się z chłopaka oszołomiony, aż wreszcie zmarszył brwi i wyprostował, poprawiając krawat. Niewiele mu to dało, gdyż cała jego koszula, jak i marynarka były okropnie pogniecione, co ani trochę nie wyglądało profesjonalnie.
Dopiero po chwili zorientował się, że nie są sami w sali. W rodu stał Sawada, wyglądając równie okropnie co jego były korepetytor, a z drugiej stronie przy łóżku stał już elegancki lekarz.
-Lambo...dzięki bogu, już myślałem, że Cię stracimy - Szepnął Vongola, wyraźnie odetchnąwszy z ulgą, po przebudzeniu swojego strażnika.
-Byłeś w kiepskim stanie. Miałeś przeprowadzoną operacje, wszystko było w porządku, gdy nagle Twoje serce zaczęło zwalniać.
-Masz szczęście, że ogarnąłeś dupe, głupia krowo...- Mruknął Hitman, wsuwając dłonie w kieszenie swoich spodni
Lambo zamrugał i spojrzał na czarnowłosego, chwile się zastanawiając, czy to co słyszał we śnie, było prawdziwymi słowami wypowiedzianymi przez Reborna. Spuścił wzrok i zerknął na dłoń, na której widniały delikatne zaczerwienione ślady od uścisku. Cicho parsknął i uśmiechnął się pod nosem
-Nie ciesz się tak, Krowo. Jak tylko się wyliżesz, czeka Cię dużo pracy. - Powiedział mężczyzna, uśmiechając się ironicznie, jak to miał w zwyczaju - Trzeba było nie otwierać oczu.
Na tę jakże nie na miejscu uwagę, Lambo podniósł wzrok i zmarszczył brwi, przybierając odważny, pełen pewności wyraz twarzy.
-Przykro mi. Mam zadanie do wykonania, nie mogę spać.
Na te słowa Hitman jedynie uśmiechnął się nikle.
-W takim razie...Witaj z powrotem, Bekso Bovino.
 Założył swoją fedore, skinął doktorowi, po czym opuścił pomieszczenie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz